Szafa zadecydowała o zmianie innych sprzętów, tak by korespondowały ze sobą, przynajmniej kolorem.
Na pierwszy ogień poszło lustro, którego rama na tle ściany nie była widoczna.
A zatem:
Jeszcze przed pomalowaniem i w innym wnętrzu.
I zmiana. Juz na ścianie w doborowym towarzystwie,
czyli szafy i odbitego w jej lustrze stoliczka.
Stoliczek dogorywał, broniąc swojej pozycji w domu resztkami sił.
Pewnie kiedyś sie podobał, był modny, moze niedrogi a może drogi...
Stała nań kawa i cukiernica albo kwiaty, może bibeloty.
Dość że,
skończyło się.
Zawsze jednak, przed spaleniem, można spróbować ze starego zrobić coś innego.
I znowu (bo farby kredowe "czepne" są, że hej), decyzja o przemalowaniu.
Tak wyglądał:
Warstwa pierwsza.
I druga, potem smużenie.
I woskowanie + polerowanie.
Mamy finał.
Z bliska:
Kolejny uratowany mebelek, a co ważniejsze cieszy...:)
O rany! Ola, ale się rozpędziłaś :-) jak zwykle piękne :-), niedługo zedrzesz sąsiadom ściany i pobielisz :-)
OdpowiedzUsuńI zapomniałam dodać, że stoliczek idealnie wpasował się w Twoja rozetę :-)
OdpowiedzUsuń:))) Bingo, ściany, a przynajmniej sufit już są w zamyśle...ale pomału czas wracać do filcowania. Już się stęskniłam za miękkością materii.
OdpowiedzUsuń