Są takie meble, które (wydawałoby się) należy:
wyrzucić, spalić, wstawić do piwnicy albo do garażu, oddać gdzieś...
A one uparcie stoją w mieszkaniu, bo z jakichś powodów trudno się z nimi rozstać.
Tak też było z tą szafką.
Lata świetności miała już za sobą, w różnych miejscach stała, najczęściej jako podblatowa.
Wyrzucona z kuchni, stanęła pod oknem, jakby na chwilę. Za wysoka, niekompletna i nieporęczna, a jednak jakoś intrygująca...
No i podkusiło mnie..., żeby ciut ją zmienić i w związku z tym, ocalić.
A zatem do dzieła:
1. Zmiana wysokości czyli o jedną szufladę mniej.
2. Szafka pod szlifierkę.
3. Szufladki dostały nowe fronty.
4. Wszystko poszło pod bejcę - rustykalny dąb i lakier dający efekt wosku.
I metamorfoza taka:
Jeszcze tylko uchwyty i stary - nowy, czy też nowy - stary mebelek, może długo cieszyć jego właściciela i nabierać coraz większej patyny...