Nie przepadam za meblami z lat 70 - tych. Gdybym miała je jakoś określić, powiedziałabym, że są niemiłe..., o ile można tak powiedzieć o meblach. Nieznośnie ograniczone do funkcji jaką miały pełnić, przewidywalne w formie, bez koloru.
Jednak, gdy przychodzi do decyzji - wyrzucić, czy nie - nie wyrzucam. Zawsze myślę, że każdy mebel-ek, to jakaś ludzka historia. Tacy niemi świadkowie naszych losów. Przy stolikach, ktoś siedział, czytał, stawiał na nich kwiaty, rozmawiał, kto wie może o czymś ważnym.... W starym meblu często widać to "coś".
Nawet gdy jest niepozornym stoliczkiem, z czarnymi nogami i fornirowanym starym blatem, w kolorze omszałych kasztanów.
Pędząc od rzeczy do rzeczy często nie pamiętam o zrobieniu zdjęcia na poczatku drogi, cóż - żałując, wybaczam to sobie i staram się nadrobić potem.
W połowie pracy było tak:
Pomalowałam farbą kredową blat i wtedy pomyślałam, że trzeba coś do niego dodać, uwidocznić.
Stąd pomysł na kropki i paski.
Jeszcze tylko przyjemna filiżanka do kompletu, fajny kawałek czegoś jasnego, albo ciemnego na podłogę, lniane zasłony..., ale to już inna historia, tego samego mebelka, w nowym towarzystwie...
Nawet gdy jest niepozornym stoliczkiem, z czarnymi nogami i fornirowanym starym blatem, w kolorze omszałych kasztanów.
Pędząc od rzeczy do rzeczy często nie pamiętam o zrobieniu zdjęcia na poczatku drogi, cóż - żałując, wybaczam to sobie i staram się nadrobić potem.
W połowie pracy było tak:
Pomalowałam farbą kredową blat i wtedy pomyślałam, że trzeba coś do niego dodać, uwidocznić.
Stąd pomysł na kropki i paski.
Jeszcze tylko przyjemna filiżanka do kompletu, fajny kawałek czegoś jasnego, albo ciemnego na podłogę, lniane zasłony..., ale to już inna historia, tego samego mebelka, w nowym towarzystwie...