Dawno dawno temu........ zaprojektowałam naszą łazienkę. Płynęły lata a ja czekałam cierpliwie aż pod mój dom przyjedzie wytrawny, zaprzyjaźniony stolarz mówiąc, że oto właśnie ma czas :)))!!!! i wykona co obiecał. Sen nie chciał się ziścić, no nie chciał
!!! Ogarniało mnie znużenie, smutek, czasem złość, niechęć do korzystania z łazienki nawet. Rządziły tam moje koty obdzierając z resztek urody wiklinowe i trawiaste kosze, które po latach były znacznie mniej trawiaste niż kiedyś.
Aż przyszedł dzień, postanowiłam zrobić to sama! Właściwie nie miałam wiele do stracenia zwłaszcza, że po rozpoznaniu sytuacji okazało się, że sporo niezłego drzewa leży pod naszym płotem i w naszej szopie. A zatem do dzieła! Piłę, szlifierkę i dłuta posiadałam. W końcu kiedyś używano tylko siekier...a jak ładnie bywało.
Czasem warto zaryzykować i uwierzyć we własne możliwości.........
wchodzimy...
Lustro "przyniosłam z lasu", trochę powalczyłam ze zmrożoną naturą ale wydobyłam spod śniegu, potem suszenie i obróbka. Nie musiałam robić imitacji dziurek po drewnojadach - już były!:)
W kącie mój ulubiony "pojemnik na brudy". Ten stał na werandzie, kiedyś służył do kiszenia kapusty ale dopiero teraz ma swoje 5 minut.
i nowa odsłona sedesu!
Uznałam, że biała fabrycznie deska sedesowa "kłóci" się z całością, toteż przemalowałam ją tak, by pasowała do reszty. Jeszcze drobny lawendowy decoupage i od razu milej siadać... Patyczek na papier też przywędrował z lasu.
Grunt to detale!!!!
c.d.n.